Dzwonią, to jadę i śpiewam

  • 28.06.2019, 21:31 (aktualizacja 28.06.2019, 21:43)
  • Paweł Lik
Dzwonią,  to jadę i śpiewam foto: Agnieszka Ostrowska
Walerian Ostrowski – jeden z ulubionych i popularnych artystów stolicy Warmii i Mazur. Wokalista legendarnej olsztyńskiej grupy Banici. Jego piosenek, którymi czasami potrafi wzruszyć do łez, słucha już kolejne pokolenie mieszkańców naszego miasta. Nie sposób pomylić go z kimś innym. 

Trudno jest sobie wyobrazić artystyczny pejzaż Olsztyna bez Twojego udziału, nie masz jednak warmińsko-mazurskich korzeni?

Co prawda gadam trochę „po naszamu”, ale nie jestem rodowitym Warmiakiem. Pochodzę z kresów, konkretnie z okolic Radunia na pograniczu Litwy i Białorusi. Z tamtych terenów pochodzi także Czesław Niemen. Do Olsztyna przyjechałem w 1958 roku. 

Czy zawdzięczasz komuś talent wokalny i zainteresowanie muzyką?

Zdecydowanie tak. Przede wszystkim rodzinie i środowisku, w którym się wychowałem. Moja mama od zawsze śpiewała, mój dziadek był lutnikiem i cymbalistą. Chrzestny grał na akordeonie, harmonii i saksofonach. Oni byli moimi pierwszymi nauczycielami. Grywaliśmy i śpiewaliśmy w domu, było to coś w rodzaju takiej rodzinnej kapeli.

Byłeś członkiem legendarnej olsztyńskiej formacji Banici, nie był to jednak jedyny zespół, z którym współpracowałeś na początku swojej kariery.

Zaczynaliśmy ok. 50 lat temu, na scenie przy ówczesnym WDK (obecnie CEiIK) z zespołem Vocca. To był mój pierwszy zespół, z Leszkiem Ciurapińskim, Gieniem Lisowcem i Mietkiem Nowakiem. To były nasze autorskie piosenki, które później śpiewaliśmy w Banitach, w tym słynna „Baśka”. Przez Banitów przewinęło się wielu muzyków, m.in. Paweł Abramski, Wojtek Śliwa czy Ryszard Szmit. Graliśmy polską muzykę.

W powszechnej opinii Banici mieli szansę zrobić ogólnopolska karierę, dlaczego tak się nie stało?

Bywaliśmy na wielu przeglądach. W Elblągu był wtedy Festiwal Młodych Talentów, były tam nawet Czerwone Gitary. Graliśmy fajnie, podobaliśmy się, oklaskiwano nas, dostawaliśmy nagrody. Kiedy dochodziło jednak do takich promocyjnych koncertów, gdzieś to jakoś umykało. Co prawda mieliśmy wspólną trasę z zespołami Bemibek i ABC. Nie było wtedy jednak takiego powszechnego dostępu do studiów nagrań, nie było menedżerów. Czasami potrzebny jest łut szczęścia, sam talent nie wystarczy. Poza tym była bariera sprzętowa. 

Twoja wierna publiczność kocha te Twoje stare piosenki, nie masz czasami dość śpiewania ciągle tych samych hitów, takich jak „Najpiękniejsza dziewczyna”, czy „O Boże, jak ja ją kocham”? 

Nie, nie, nie. Nawet ostatnio, na jakimś olsztyńskim festynie śpiewałem te piosenki z mojej pierwszej płyty, ale nie ostatniej (śmiech). Bardzo fajnie mi się to śpiewało, zwłaszcza kiedy widziałem wzruszenie wśród publiczności, nie tylko tej starszej. Niektórzy na tych piosenkach się wychowali. „Baśka” na przykład, jest bardzo dobrze przyjmowana przez młodzież. To są takie piosenki, których się nie śpiewa do tańca. Takie momenty, kiedy trzeba publiczność trochę wzruszyć, dać jej impuls do myślenia, pewnego przeżycia, wspomnienia. 

Swego czasu występowałeś solo, tylko z gitarą.

Czasami za tym tęsknię. Nawet bardzo. Ostatnio współpracuję z młodymi, ale bardzo zdolnymi muzykami. Przygotowuję kolejną płytę. Po śmierci mojego przyjaciela Tadzia Macheli trochę to się opóźniło, ale powoli się pozbieramy. To będą piosenki autorskie, przeważnie z tekstami Władka Katarzyńskiego, kilka będzie moich. Materiału mamy sporo. Nie chciałbym jednak wszystkiego zdradzać. 

Masz tak rozpoznawalny tembr głosu, że nawet śpiewając covery, nie uda Ci się nikogo naśladować, czy parodiować.

Czasami słyszę, że mam podobny głos do jakiegoś znanego artysty. Znana piosenka tak się często ludziom kojarzy. Nie chcę nikogo naśladować i parodiować. Zawsze staram się, żeby to była moja interpretacja. 

Ostatnio współpracujesz z zespołem Walersi. W pewnym stopniu jest to taki trochę rodzinny zespół?

Oni wszyscy mówią do mnie tato. Tato, mogę wypić piwo? Tato, mogę zapalić papierosa? Z reguły się zgadzam (śmiech). Ten zespół to pomysł mojego syna Olka (który gra na perkusji), żeby razem zrobić taki program. Znakomici muzycy. Wielka przyjemność wspólnego grania.  

Czy masz jeszcze ten Złoty Samowar, który zdobyłeś na Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze?

Jasne, że go mam. Cały czas planuję, aby go przerobić na podręczną bimbrownię (śmiech). Podobno jest to bardzo proste. 
W tamtych czasach nie było wielu możliwości, żeby zaistnieć na ogólnopolskiej estradzie. Ten festiwal, to była taka furtka. W Olsztynie były jakieś eliminacje. Miejskie, powiatowe, wojewódzkie, kolejne w Inowrocławiu, i potem już Zielona Góra. Namówili mnie do tego startu Wacek Kosowicz i Wojtek Muchlado. Dobrali mi repertuar, który później musiałem niestety zmienić.

Co się stało?

Wacek wybrał mi piosenkę „Kałakolczik”, ale to nie była ta popularna, śpiewana m.in. przez Czesława Niemena, ale zupełnie inna, chociaż też taka ludowa. Na eliminacjach w Inowrocławiu pojawił się jakiś przedstawiciel radzieckiego ministerstwa kultury, który zabronił wykonywania tej piosenki. Okazało się, że jakiś dysydent, który uciekł z ZSRR, śpiewa tę piosenkę w Paryżu, co obraża naród radziecki. Zmieniliśmy piosenkę i tak dostałem się na festiwal do Zielonej Góry.

Festiwal w Zielonej Górze był wtedy przepustką do festiwalu w Opolu, nie skorzystałeś z takiej okazji?

Miałem być na XX festiwalu w 1982 roku, ale się nie odbył, bo był stan wojenny. Miałem już nawet przygotowaną piosenkę „Sen milczących domów”, z tekstem Jurka Ignaciuka. Ocenzurowaną, opracowaną muzycznie. Po raz kolejny w moim artystycznym życiu stanęło coś na przeszkodzie (śmiech).

Chyba nie czujesz się jeszcze piosenkarskim emerytem, bo na pewno publiczność Ci na to nie pozwoli?

Czasami słyszę: panie Walerianie, kiedy pan się zestarzeje. Nie chcę się starzeć, czas niech robi swoje. Nie wpycham się przed młodych. Dopóki mnie chcą i dzwonią do mnie, to jadę i śpiewam. Niestety już cała doba jest mi potrzebna, żeby się po imprezie zregenerować (śmiech). 

Pozwól, że na zakończenie opowiem Ci anegdotę z Tobą związaną.
Swego czasu spotkałem zaprzyjaźnioną ekipę telewizyjną, która kręciła jakiś dokument o Warmii i Mazurach. Kamerzysta spytał mnie, czy nie wiem, co to za facet, w Karczmie Warmińskiej, śpiewa piosenki Krzysztofa Cugowskiego – dwie oktawy wyżej... 

Dziękuję za rozmowę
Andrzej Zb. Brzozowski

Paweł Lik
Podziel się:
Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu www.zycieolsztyna.eu z siedzibą w Olsztynie jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.

Pozostałe