To tekst powstaje do muzyki

  • 27.09.2019, 09:24
  • Andrzej Zb. Brzozowski
To tekst powstaje do muzyki Foto: Jacek Kowalski
Andymian – to znany w Polsce olsztyński, małżeński duet muzyczny, z kręgów muzyki elektronicznej, alternatywnej i ilustracyjnej. Tworzą go Elżbieta (śpiew, improwizacje, teksty) i Andrzej (syntezatory, piano, instr. perkusyjne – muzyk, kompozytor, aranżer) Mierzyńscy. Współpracują z grupami tańca współczesnego, ruchu teatralnego oraz fotografikami.

Jak i kiedy trafiliście na siebie?

Andrzej: Był rok 1980. Ela była w grupie muzycznej, która wygrała Wojewódzki Przegląd Piosenki Młodzieżowej w Olsztynie, do dziś przechowuje dość dużą statuetkę laureata. Chwilę potem zespół szukał gitarzysty i dał ogłoszenie do gazety. Przyszedłem. I to był początek duetu na życie.

Ela: A mówi się, że nie ma w życiu przypadków...

 

Andrzeju, zaczynałeś jako gitarzysta, dlaczego zamieniłeś gitarę na instrumenty klawiszowe?

Andrzej: Moim pierwszym instrumentem był akordeon. Przez 6 lat grałem w zespole akordeonistów. Potem jako nastoletni fan zespołów brytyjskich, opanowałem grę na gitarze i grałem w zespołach rockowych młodych muzyków. Wtedy też powstały pierwsze kompozycje i nagrania w olsztyńskim radiu – dawne dzieje. Graliśmy w interesujących miejscach – na przykład na deskach olsztyńskiego Teatru im. Jaracza grałem „Sambę Pa Ti” Santany. Jak dla mnie to było duże przeżycie. Grało się na przeglądach zespołów młodzieżowych, ale też i ostro na potańcówkach. Intensywny ciąg muzykowania przerwała proza życia. Braliśmy ślub w stanie wojennym, mieszkaliśmy na stancji, wychowywaliśmy syna. Wielu miało podobnie jak my, ale związaliśmy się z zawodami wymagającymi od nas ciągłej dyspozycji, to była praca w wydawnictwach, a potem w mediach. W latach 90. przypadek sprawił, że w ręce wpadł mi profesjonalny syntezator i to obudziło we mnie chęć do komponowania nowej muzyki. Nowe brzmienia zadziałały na wyobraźnię twórczą. To też poruszyło Elę, więc jak na skrzydłach dołączyła ze swoim wokalem.

 

Elu, chyba zawsze trochę ciągnęło cię w stronę poezji, pisałaś wiersze, śpiewałaś piosenkę poetycką.

Ela: Zawsze po prostu śpiewałam do swoich tekstów, raczej lirycznych, ale uważny odbiorca czuje, że pod tą poduszką są twarde ziarenka grochu... Tekst do muzyki Andrzeja pełni specjalną rolę, jest uzupełnieniem, a wokalizy są dodatkowym brzmieniem i instrumentem. Na próbach często tekst zmieniam i upewniam się, co lepiej brzmi. Robimy to tak, by nawet ktoś, kto nie zna języka polskiego, czuł go przez kompozycję. Dodam, że Andrzej ma słabość do wysokich tonów, więc wokalizy są dla mnie wyzwaniem.

 

Klasyczną piosenkę chyba łatwiej jest skomponować, wystarczy przegadać tekst, znaleźć chwytliwy riff, wpadającą w ucho melodię... i przebój gotowy?

Andrzej: Nie piszę piosenek w sensie, o jaki pytasz. Nie robię muzyki do tekstu, to tekst powstaje do muzyki.

Ela: Rozmawiamy o tym, gdzie go włączyć. Andrzej buduje kompozycje tak przestrzenne, że wybrane słowo umie w nich zamieszkać wygodnie i grać!

Andrzej: Bywa, że słowa czy wokalizy budują pewien rytm, tworzą klimat, współgrają z tym co niosą brzmienia, a dobrym przykładem tego, o czym mówimy, jest nasza płyta „Ładna dla Nieba, wredna dla Piekła”.

 

Muzyka elektroniczna charakteryzuje się z dużymi, rozbudowanymi formami, to nie jest jak w przypadku rocka czy popu, zwrotka i refren.

Andrzej: Zawsze mnie pociągały większe kompozycje, wielopoziomowe, a syntezatory doskonale mi to umożliwiają, tworząc ze mną „orkiestrę”.

Ela: Tekst, który piszę i śpiewam, nie pełni w tym roli wiodącej, jest elementem kompozycji co do formy i treści. On gra.

 

Czy w Polsce są zespoły grające muzykę podobną brzmieniowo do Waszej?

Andrzej: Syntezator to instrument, może go mieć także jazzman, rockowiec czy muzyk klubowy. I używać go według własnej wyobraźni. Zaznaczę tylko przy tym, że jestem wrogiem korzystania z tzw. gotowców – według mnie prawdziwy muzyk gra wszystko „z ręki” i sam szuka brzmień.

Ela: Takich twórców jak my jest sporo. Są w tak zwanym drugim obiegu, nie funkcjonują jaskrawo w mediach. Ale oni są! Widać to po uczestnictwie w konkursach talentów. Aż żal serce ściska, że po scenicznym show i pochwałach jury, gdzieś potem te talenty giną…

 

Muzyka elektroniczna kojarzy się z syntezatorowym brzmieniem i jest generalnie postrzegana jako muzyka ilustracyjna.

Andrzej: Tak, ale powstało tak wiele gatunków tej muzyki, że trudno porównywać nasze koncertowanie z muzyką klubową, techno itp., choć instrumentarium jest podobne! Bo to jest tak, że jeden na fujarce zagra tylko prostą melodię ludową, a drugi na tej fujarce popisze się wirtuozerią.

 

Czy tak rozbudowane formy można wykonać w całości na koncercie, czy trzeba się posiłkować, po części, wcześniej przygotowanymi podkładami?

Andrzej: Na współczesnej scenie prawie wszyscy posiłkują się podkładami muzycznymi, czy też czymś takim jak looper (muzyk zagra na żywo frazę, którą potem zapętla i do niej gra solówki). Jeśli o nas chodzi, to wiadomo, że mam tylko dwie ręce, dlatego na koncert przygotowuję podkłady rytmiczne, a wszelkie solówki i pochody basowe gram na żywo na klawiszach, które mam na scenie. Niektóre partie głosowe wgrywamy na dalszym planie, aby Ela na koncercie śpiewała pierwszym głosem w duecie sama ze sobą.

Ela: To fajne uczucie słyszeć siebie w dwugłosie. Zwłaszcza, że oba głosy są moje.

Czy przydarzyła Wam się jakaś zabawna sytuacja, związana z Waszą artystyczną działalnością?

Andrzej: Kilka fajnych było. Na przykład w 2007 r. weszliśmy w kontakt ze zbieraczami puszek po piwie. Puszki trafiły do punktu złomu, panowie otrzymali zapłatę, a właściciel złomu sprasował nam te puszki w wielkie bloki i trzy tony tego zwiózł do scenografii scenicznej podczas naszego koncertu na dziedzińcu zamkowym. Mieliśmy wrażenie, że Olsztyn został wysprzątany, a puszki grają z nami w słusznej sprawie, tworząc coś w rodzaju wieżowców.

Ela: Innym razem wspólnie z performerami, obieżyświatami, owijaliśmy szmatami pozbierane w okolicy żelastwo, koła od rowerów, jakieś taczki, aby potem podpalić to jako fantastyczną konstrukcję podczas nocnego koncertu. Strażacy pogrozili nam palcem...

Andrzej: A tragikomiczna sytuacja zdarzyła się nam na autostradzie za Poznaniem. Pędziliśmy do Słubic na „Electroniczny Woodstock 2008”, w którym grał z nami Steve Schroyder (Tangerine Dream), a tu pękł pasek rozrządu i zostaliśmy na autostradzie z instrumentami w rękach.

Ela: Za długo by opowiadać, jak dojechaliśmy, by zagrać i jak potem wróciliśmy do domu. Ratował nas syn.

 

Andrzej Zb. Brzozowski

 

Andrzej Zb. Brzozowski

Podziel się:

Oceń:

Komentarze (3)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu www.zycieolsztyna.eu z siedzibą w Olsztynie jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.
Krys
Krys 01.10.2019, 12:17
Na starość robi się różne dziwne rzeczy, ale to chyba dobrze...
bywalec
bywalec 04.10.2019, 09:34
... to chyba twoja mentalność sięgnęła już wieku starczego skoro tak uważasz...!
Elżbieta i Andrzej Andymian Mierzyńscy
Elżbieta i Andrzej Andymian Mierzyńscy 27.09.2019, 09:43
Dziękujemy redakcji "Życia Olsztyna" za poświęcenie nam uwagi. Pozdrawiamy.

Pozostałe