Potrzeba jest motorem mojej pracy artystycznej

  • 03.01.2020, 16:15 (aktualizacja 03.01.2020, 16:19)
  • Andrzej Zb. Brzozowski
Potrzeba jest motorem mojej pracy artystycznej Fot: Magdalena Szurek
Marta Andrzejczyk – olsztynianka z urodzenia, pieśniarka, animatorka kultury, aktorka Białego Teatru w Olsztynie. Współzałożycielka grupy literacko-muzycznej Scena Babel, Kabaretu Piosenki Smutnej oraz Teatralnego Spichlerza. Artystka eksperymentująca w poszukiwaniu repertuaru, stylistyki i form scenicznego wyrazu. Nagradzana za piosenki i aktorstwo, stypendystka ministra kultury i sztuki, ministra edukacji narodowej i sportu, marszałka województwa warmińsko-mazurskiego oraz prezydenta Olsztyna. Podczas 32. Łódzkiego Przeglądu Teatrów Amatorskich ŁÓPTA 2019 nagrodzona za kreację aktorską. 

To nie pierwsza Twoja nagroda w artystycznym dorobku, lubisz być doceniana również w taki sposób?
Najbardziej lubię, kiedy ludzie słuchają moich piosenek, bo wtedy wiem, że one żyją i mają się dobrze, nawet jeżeli ktoś nie cierpi mojego głosu (śmiech). Ostatnio też dzielnie uniosłam medal, który otrzymałam od pana marszałka za zasługi na rzecz kultury Warmii i Mazur. Przyznać się, kto zgłosił moją kandydaturę? (śmiech)

W dalszym ciągu jesteś artystką poszukującą?
Myślę, że poszukiwanie jest wpisane w życie każdego artysty. I nie mam tu na myśli artystów estradowych, ale także artystów życia, czyli takie osoby, które nie mogą wysiedzieć na miejscu, które cały czas eksplorują świat ten na zewnątrz i ten wewnętrzny. Mam wśród przyjaciół i znajomych amatorów turystyki, sportu (Krystyna „Ciężarówka” obroniła ostatnio tytuł mistrzyni świata), florystyki (Trzy po Trzy). Długo by wymieniać.

Co jest motorem Twojej artystycznej działalności?
Potrzeba jest motorem mojej pracy artystycznej. Potrzebowaliśmy z Robertem Bielakiem grupy artystycznej do tworzenia, do poszukiwań, do wyżycia się i założyliśmy Scenę Babel. Mateusz Iwaszczyszyn odkrył we mnie talent kabaretowy (chociaż jeden – śmiech). Założyliśmy Kabaret Piosenki Smutnej. Z przyjaciółmi odeszliśmy z Teatru Rapsodycznego i założyliśmy Biały Teatr. Chciałam, na przekór modzie i śpiewającym koleżankom, śpiewać o tematach trudnych. Nagrałam „Cicho” – o śmierci, potem wojenne „Cienie”, zrobiłam monodram o tragicznych losach Wiery Gran, śpiewałam wiersze Sylvii Plath.

Jaka jest różnica (jeżeli jest) między pieśniarką i piosenkarką?
Dla mnie pieśniarką jest np. Żanna Biczewska, piosenkarką Irena Santor. Piosenkarka śpiewa muzykę rozrywkową, pieśniarka zakorzeniona jest w tradycji. Obecnie najbliższa jest mi maksyma Krysi Świąteckiej (która dodała mi skrzydeł i utwierdziła w wyborze drogi życiowej, mówiąc wówczas 19-letniej śpiewającej dziewczynie, że ma ciarki, kiedy śpiewam). Parafrazując ją: nazywam się Marta Andrzejczyk i śpiewam piosenki. 

Na scenie łączysz aktorstwo z kunsztem wokalnym. Skąd masz w sobie tyle wrażliwości?
Dziękuję za ten „kunszt”. Teatr piosenki to moja pasja. To wyzwanie, „to próba zmierzenia się sama ze sobą” i z postacią, a przede wszystkim z historią człowieka, o którym śpiewam. To odkrywanie światów, to pokazywanie ludziom zaświatów.

Gdzie i jak szukasz tematów do swoich spektakli?
Tematy do moich spektakli zjawiają się same, w postaci napotkanego człowieka i jego historii – tak było z wielokrotnie nagradzanym „Letnim małżeństwem”. Nagle w moim życiu pojawiła się moja długo niewidziana kuzynka i opowiedziała swoją tragiczną historię. Kiedy indziej wpadła mi w ręce książka A. Tuszyńskiej „Oskarżona Wiera Gran”. Ponieważ kocham śpiewać, a w przedwojennym repertuarze brzmię dobrze, był to świetny pretekst, aby pokazać dwie twarze Wiery – artystkę i zwykłego człowieka. Mój kolega Piotr Misiorowski, poza wspaniałymi rysunkami, audycjami, tworzy też piosenki. Jego estetyka bardzo dobrze wkomponowała się w przestrzeń poetycką Sylvii Plath. I tak z Agnieszką Kołodyńską stworzyłyśmy monodram muzyczny „Spadanie też jest formą lotu”.

Co jest najtrudniejsze w trakcie realizacji twórczych pomysłów?
Najtrudniejsze jest zacząć. Tak było z Madame Gaffé. Uratowała mnie fantastyczna pisarka, właścicielka Słowo Daję Agnieszka Kacprzyk. Stworzyłam postać nieco nadąsanej, szczerej do bólu Madame, a ona ją skrzętnie opisała, dodała zmyślnych smaczków i ożywiła.

W swojej artystycznej ofercie masz kilka recitali, kilka monodramów. Do kogo adresujesz swoje propozycje?
(śmiech) Jestem właśnie w trakcie kursu Barbary Jurgi „Żyj z pasją i z pasji”. Utknęłam na tworzeniu awatarów mojej publiczności. Stąd już wiem, że moja publiczność ma 5 lat i więcej.

Oprócz działań stricte artystycznych, prowadzisz różnego rodzaju warsztaty i animacje kulturalne. Skąd to zacięcie pedagogiczne?
To fakt, prowadzę też warsztaty dla dzieci i pracuję z moimi wspaniałymi aktorkami z Akademii Trzeciego Wieku. Właśnie nagrywamy płytę w Studiu Ruchome Dźwięki, niedługo zaprosimy Państwa na program „Betlejemskie opowieści”. Odeszłam z MOK-u, aby zająć się swoją pracą artystyczną, a wraz z kolegą fotografem, posiadającym manufakturę Dzika Czekolada – Arkiem Dziczkiem, zorganizowaliśmy pierwszy na Warmii i Mazurach Festiwal Czekolady. Był to nasz ogromny sukces, ale i moje przekleństwo. Animatorem się człowiek rodzi, nie uciekłam za daleko. Piosenka poczeka. (śmiech) 

Jakie są Twoje artystyczne marzenia?
Dotrwać do premiery Białego Teatru, na którą zapraszam 26 listopada o godz. 19 do sali kameralnej amfiteatru. 28 listopada zapraszam na mój monodram „Letnie małżeństwo” do Galerii Usługa. 
Jesteśmy w trakcie tworzenie wraz z Ewą Pawlak, moją teatralną kompanką (grałyśmy w Teatrze Kreatury), nowego eksperymentu muzycznego opartego na improwizacji wokalnej. Poza tym, Piotr Banaszek, mój serdeczny kolega, akompaniator, fantastyczny muzyk, wymyślił dla mnie projekt, o którym nie mogę mówić, który jest niestety czasochłonny i wymaga dużych nakładów finansowych, zaangażowania aranżera spoza listy serdecznych znajomych i całej orkiestry.

Na koniec poproszę Cię o jakąś anegdotę, oczywiście z Twoim udziałem.
Zdobyłam serca pracowników Sanepidu, kiedy śpiewając dla nich koncert zachęcałam, aby wspierali bakterie, bo to jedyna kultura, którą posiada każdy człowiek.
Po recitalu „Cicho” podszedł do mnie przeszczęśliwy pan i powiedział: „Pani Marto, teraz to mi się chce umierać”. 
Jesteśmy w Bartoszyckim Domu Kultury, za 2 godziny mamy dać koncert i Marcin Stanczewski, zwany Gustawem, oznajmia mi, że ma wszystko oprócz gitary. Innym razem pani doktor, okazało się, że to moja fanka, zapomniała z wrażenia, czy mnie zbadała i pukała mnie młoteczkiem nie raz a kilka. Kiedy indziej pani w biurze, w którym załatwiałam sprawy córki, powiedziała z estymą, że jeszcze tak blisko mnie nie siedziała. 
Krępują mnie takie sytuacje, nie zdarzają się zbyt często, tym bardziej, że ja jestem po prostu zwykłym człowiekiem, który śpiewa piękne piosenki i opowiada ciekawe historie z życia wzięte.

Dziękuję za rozmowę
Andrzej Zb. Brzozowski

Andrzej Zb. Brzozowski

Podziel się:

Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu www.zycieolsztyna.eu z siedzibą w Olsztynie jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.

Pozostałe