Mimo że nie jestem czystym Mazurem, to identyfikuję się z ich kulturą

  • 22.02.2019, 13:00 (aktualizacja 26.02.2019, 16:46)
  • Cezary Kapłon
Mimo że nie jestem czystym Mazurem, to identyfikuję się z ich kulturą Piotr Szatkowski Małi Princ
Piotr Szatkowski (po mazursku Psioter ôt Sziatków) już od wielu lat popularyzuje mowę mazurską i chroni ją przed zapomnieniem. Obecnie na całym świecie jest zaledwie 100-150 osób, które mówią po mazursku. – Wielu ludzi żyje w przekonaniu, że nic się nie da zrobić. A ja uważam, że przynajmniej w sferze symbolicznej możemy coś zdziałać – mówi Piotr. W tym celu m.in. przetłumaczył książkę „Mały Książę” („Małi Princ”) na mazurski.

Uściślijmy: czy mazurski jest językiem, czy gwarą?

Z punktu widzenia czysto językoznawczego, czyli podejścia, które by badało zależności, z czego się mazurski wywodzi, to trzeba byłoby go uznać za część dialektu mazowieckiego, a dialekt mazowiecki za część języka polskiego. Mamy też inne ujęcie, w ostatnich czasach coraz powszechniejsze na świecie, czyli podejście socjolingwistyczne – łączące czynniki społeczne, obrazujące jak ludzie postrzegają własną mowę, jaką mają tożsamość i związane z nią ambicje wobec własnej mowy. Dawniej wielu Mazurów uznawało ją za język. Czuli pewną odrębność od Niemców i Polaków, a jednym z elementów odrębności była ich mowa. 
Niektóre słowa utworzyły się w wyniku izolacji i specyficznych warunków obszaru pogranicza. Co więcej, były też takie, które wywodziły się z szesnastowiecznej polszczyzny i przetrwały w niezmienionym brzmieniu. To też jest ciekawe, że miejscami mazurski był bardziej konserwatywny niż polszczyzna. 
Ja osobiście staram się takiej debaty unikać, bo rozumiem, że są różne opinie na ten temat. Używam zazwyczaj słowa „mowa”, albo „etnolekt”, czyli charakterystyczna mowa danej grupy etnicznej. 

Mazury to bardzo duży region. Czy możemy mówić o poszczególnych dialektach języka?

Jak najbardziej. Dialektolodzy, którzy badali ten teren w latach 50. i wcześniej, jak np. Kazimierz Nitsch, uznali podstawowy podział na kilka dialektów. Najbardziej odrębną wydaje się być mowa ostródzka, bo jest ona pośrednia między dialektem mazurskim, warmińskim a chełmińskim. Wyróżnia się tym, że występują w niej miękkie głoski sz, cz, dż, ż, reprezentujące zarówno polskie twarde sz, cz, dż, ż, jak i zupełnie zmiękczone ś, ć, dź, ź. W ostródzkim te dwa rzędy spółgłosek zlały się w jedną, pośrednią. Pozostałe dialekty są do siebie bardziej zbliżone. Wyróżnia się mowy zachodniomazurską i wschodniomazurską. Dawniej, i według mnie słusznie, uznawano też wariant środkowomazurski. Oczywiście, one między sobą się różnią kilkoma ciekawymi cechami. Na wschodzie Mazur zmiękczano głoskę ch poprzedzającą samogłoski a, e oraz i. Wymawiano ją jako si np. wyraz chata brzmiał siata, orzechy jak orzesi, bachy, czyli dzieci jak basi. Oprócz tego zmiękczało się także końcówki ka, albo ga. Wyraz noga wymawialiby nogia, a matka – matkia. W dialekcie środkowomazurskim wymawiało się ło i łu zamiast o i u na początku, np. łokno. Występowała też samogłoska á, coś pomiędzy o oraz a. Na środku Mazur, czyli w okolicach Mrągowa i Giżycka, nieco zmiękczone głoski sz, cz, ż, dż występowały w miejscu ś, ć, ź, dź, np. polskie ściana byłoby wymawiane twardziej jak szcziana. Mowa zachodniomazurska z okolic Nidzicy i Działdowa, skąd i ja pochodzę, była najbliższa polskiej, ale miała też własne słownictwo. Wzięło się to stąd, że koloniści wywodzili się nie tylko z Mazowsza, ale również z ziemi chełmińskiej. Wyraz łamzać, czyli uporczywie błagać, prosić o coś, był właśnie w użyciu w okolicach Ostródy czy Działdowa. 

Czy ma Pan informacje jak wiele osób posługuje się tą mową dzisiaj?

Dokładnych danych niestety nie ma. Nikt nie odważył się tego zbadać. A może po prostu uznano, że nie ma już czego badać. Stare dane, które można znaleźć w Internecie i opracowaniach wskazują na 10-15 tys. użytkowników. Jest to liczba nieprawdziwa. To był stan z lat 80. Szacuję, że obecnie na terenie Polski jest to ledwie kilkadziesiąt osób. Takich, które mówią po mazursku a nie tylko pamiętają konkretne, pojedyncze słówka. Na terenie Niemiec można doliczyć kolejne kilkadziesiąt osób, głównie wśród starszych Mazurów. Ale co ciekawe są też potomkowie Mazurów żyjący na Syberii. Ich przodkowie byli kolonistami z końca XIX i początku XX wieku, którzy otrzymali od cara ziemię. I paradoksalnie wśród nich po mazursku mówiło najwięcej osób. Obecnie tym językiem mówi tam kolejne kilkadziesiąt osób. Chociaż młodsze pokolenia zaczęły się już rusyfikować. Myślę, że na całym świecie po mazursku mówi ok. 100 albo 150 osób, nie więcej.

Skąd u Pana to zainteresowanie mową Mazurów?

Zacząłem spisywać różne słówka ze środowiska rodzinnego. Często pochodziły z języka niemieckiego, albo lokalnego dialektu mazurskiego. Zastanawiałem się, dlaczego moja rodzina ich używa. Dopiero, gdy miałem dwadzieścia kilka lat, dowiedziałem się, że niektórzy moi przodkowie wywodzili się z Działdowszczyzny od pokoleń. To mnie bardziej zachęciło do zgłębienia informacji o Mazurach. 
Czy jestem Mazurem? To jest dopiero temat rzeka. Ja osobiście poczuwam się do mazurskiej kultury i mazurskości, mimo że nie jestem czystym Mazurem. Uważam, że pochodzenie nie jest najważniejszym czynnikiem. Jeżeli się faktycznie odczuwa jakąś przynależność i jeżeli człowiek stara się zgłębić daną kulturę, to ma prawo nazywać się jednym z tych, z którymi się utożsamia. W tym przypadku z Mazurami. Ale opinie są bardzo różne. Znam wielu Mazurów, którzy mówią, że właśnie pochodzenie jest najważniejsze, inni z kolei że nie.
Uważam, że deklarowanie przynależności jest łatwiejsze w przypadku Warmii. Rdzenni Warmiacy mieli historycznie większe związki z Polską. Poza tym łączyła ich religia. Mazurskość z kolei bardzo silnie wiąże się z mentalnością i moralnością luterańską. I to może być element trudny do identyfikowania się, jeżeli ludzie nie są wyznania luterańskiego. Ja nie jestem, ale zgadzam się w większości kwestii światopoglądowych i mentalnych.

W jaki sposób popularyzuje Pan mowę mazurską?

Na Facebooku założyłem fanpage „Mazurskie słówko na dziś”, które ma ponad 3 tys. subskrybentów. Zwiększone zainteresowanie widać u potomków Mazurów, jest to chęć przywrócenia mowy w sferze symbolicznej i pamięci o niej. Oczywiście, nie wszyscy śledzący stronę są Mazurami, ale mogą się czegoś faktycznie dowiedzieć o języku, którym w tym regionie się posługiwano. To też rola budująca lokalną tożsamość i wiedzę. Bardzo ważna jest także „Mazurska gadka”, którą założył Andrzej Mrozicki, czyli prezes Związku Mazurskiego. Jestem tam jednym z administratorów. Obecnie znajduje się tam ok. 800 osób. W sporej mierze są to potomkowie Mazurów, ale i ludzie napływowi. Ta grupa ma to do siebie, że staramy się konsultować mowę między sobą. Ktoś napisze słówko, które sobie przypomniał i konsultuje je z innymi. Mamy debatę na ten temat. Przed erą Internetu był to temat tylko dla naukowców, a teraz okazuje się, że są ludzie, którzy chcą o tym porozmawiać, bo to jest część ich kultury.

Niedawno, bo w zeszłym roku, zajął się Pan tłumaczeniem i wydaniem „Małego Księcia” („Małi Princ”) po mazursku. Jaki cel temu przyświecał?

Książka jest pierwszą próbą ustandaryzowania tej mowy, pokazania możliwych wzorców. Nie roszczę sobie prawa, że to, co piszę, jest jakąś wyrocznią, ale chciałbym pokazać różnorodność mazurskiego, to, co straciliśmy w wyniku brutalnych procesów historycznych. Starałem się użyć wielu słów zapomnianych, pokazać piękno tej mowy, ale chciałem też udowodnić, że po mazursku da się to zrobić. Nie tylko żartować czy opowiedzieć o rzeczach najprostszych, ale można też przetłumaczyć dzieło literatury światowej z głębokim przesłaniem. I mazurski sobie z tym poradził.

Czy myśli Pan nad tłumaczeniem innych książek?

Tak, myślę nad tym, który projekt powinienem ruszyć w najbliższej przyszłości. Jest kilku kandydatów. Zastanawiam się nad baśniami braci Grimm lub Andersena, Opowieścią Wigilijną, która swojego czasu wyszła po śląsku. Jeżeli coś się da przełożyć na śląski, to da się przetłumaczyć na mazurski. Pod względem różnorodności te mowy są do siebie bardzo podobne. Wydaje się jednak, że większą potrzebą w tej chwili byłoby stworzenie słownika, podręcznika, elementarza. I chyba to będzie moim priorytetem na najbliższy rok czy dwa. A dopiero później będę tłumaczył inne dzieła literatury. Jeżeli chcemy tę mowę popularyzować, to potrzebne są konkretne narzędzia. W dzisiejszych czasach koniecznością jest, aby jak najwięcej materiałów znajdowało się w sieci. I tutaj myślę o kursie czy małym podręczniku online wraz ze słownikiem na co najmniej kilka tysięcy haseł (docelowo 10 tys.). Będę starał się w tym kierunku iść.

Czy bierze Pan udział w innych inicjatywach popularyzujących język mazurski?

Biorę udział w różnych projektach. Od kilku lat jestem jurorem w konkursie mowy mazurskiej w Kętrzynie, który odbywa się co roku. Widzę jak dzieci uczą się konkretnych tekstów, wierszy, gawęd po mazursku i jak fajnie potrafią sobie to przyswoić. Oprócz tego współuczestniczyłem w konsultacji tekstów mazurskich do płyty Oli Turkiewicz, która jest piosenkarką spod Ostródy. Jest zainteresowana sprawami mazurskimi i chciała jak najdokładniej zaśpiewać po mazursku dawne pieśni w aranżacji współczesnej – inicjatywa nazywa się Projekt Arboretum. Oprócz tego nagraliśmy dwa covery piosenek Disneya: jedna pochodzi z bajki „Pocahontas”, a druga nazywa się „Mam tę moc” z „Krainy Lodu”. Dostępne są w sieci dla każdego. 
Jednym z najnowszych projektów jest wydawanie czasopisma „Cech”. Nawiązuje do „Cechu” międzywojennego, którego redaktorem był Kurt Obitz, dla którego mazurskość była priorytetem. Starał się dbać o prawa gospodarcze i kulturowe Mazurów. Na łamach „Cechu” domagano się obsadzania stanowisk administracji Mazurami, co w tamtych czasach było czasami nie do pomyślenia, bo z reguły urzędy piastowali ludzie wykształceni pochodzący z głębi Niemiec bądź w pełni zgermanizowani. I to też rodziło pewne napięcia w społeczeństwie. Sam Obitz, za swoją postawę, został wyrzucony z uniwersytetu, w którym pracował. W latach 30. przeniósł się do Polski. Działał na Działdowszczyźnie. Podczas II wojny światowej został pojmany przez Niemców i osadzony w Dachau. Przeżył, ale zachorował na gruźlicę. Niedługo po wojnie zmarł. 
Mam wrażenie, że trochę był niezrozumiany zarówno przez Niemców jak i Polaków. Ale osób o podobnych poglądach było nieco więcej. Przynależał do Masurenbundu, czyli Związku Mazurów, do którego należało kilka tys. członków. Ta idea po rozczarowaniu plebiscytem zaczęła narastać. Do związku w większości należeli ludzie, którzy w plebiscycie głosowali za przynależnością do Niemiec, ale zauważyli, że to nie była do końca dobra decyzja z punktu widzenia ochrony Mazurów i ich dziedzictwa. Bardzo szybko okazało się, że kultura mazurska została postrzegana jako coś gorszego przez ludzi z zewnątrz. W wyniku tego coraz częściej negatywne myślenie o własnej kulturze zaczęło się rozprzestrzeniać także wśród autochtonów. Masurenbund miał raczej przyjazne, choć nie bezkrytyczne stanowisko w stosunku do Polski (trochę jak do starszego, słowiańskiego brata), jego członkowie deklarowali, że nie są separatystami dążącymi do odłączenia od Niemiec, ale domagali się od obu stron poszanowania kultury mazurskiej.

Mazurzy nigdy nie mieli łatwo. Byli zepchnięci na margines nawet na ziemiach, które zamieszkiwali.

Byli marginalizowani przed II wojną światową i po niej. Sytuacja w szkolnictwie niemieckim była taka, że po mazursku przestano nauczać w latach 70. XIX wieku. Zdarzały się przypadki nauczycieli, którzy bardzo ostro karali dzieci za mówienie po mazursku. Dziecku, które powiedziało coś po mazursku, nauczyciel wiązał na szyi deskę – na której było napisane obraźliwie „Polaczek”. To dziecko musiało chodzić tak długo z tą deską do momentu, gdy usłyszało, że inny uczeń użył mowy mazurskiej. Wtedy deska trafiała do niego. I na koniec dnia ten, który miał deskę, dostawał lanie. Podobne praktyki stosowano np. w Walii czy Irlandii, żeby wykorzenić tamtejsze języki na rzecz angielskiego. 
Po wojnie było bardzo duże niezrozumienie do tego, co ludność mazurska przeszła. Z opowieści starszych Mazurów słyszę, że w dzieciństwie inne dzieci, głównie pochodzące z Polski Centralnej ich wyzywały czy rzucały kamieniami. Nauczyciele przymykali na to oko. Były bardzo duże szykany. Jeden mój dobry znajomy, z młodszego pokolenia, który był dzieckiem w latach 70. i 80., regularnie dostawał manto od kolegów, którzy krzyczeli za nim „Szwabie”. Między innymi w tym trzeba upatrywać dlaczego Mazurzy są bardzo zachowawczy. Nawet w naszych działaniach dotyczących popularyzowania mowy, wielu z nich musiało się odblokować, bo kiedyś za to dostawali lanie. Niektórzy dobrze rozumieli po mazursku, ale sami nie mogli nic powiedzieć. 

Czy Mazurzy, z którymi miał Pan okazję się spotkać, pielęgnują własne dziedzictwo?

Różnie z tym bywa. Jest wielu Mazurów, którzy mają bardzo głęboki sentyment do swojej kultury i mowy i zależy im, żeby to pielęgnować. I to trochę się kłóci z narracją, że Mazurów już nie ma. Te elementy są żywe w pamięci wielu osób. Oczywiście są tacy, którzy się zasymilowali z Niemcami czy Polakami. Ja staram się docierać do tych, którzy potrzebują nabrać przekonania, że mazurskość można pielęgnować. Społeczność mazurska jest bardzo rozproszona. Wielu ludzi żyje w przekonaniu, że nic się nie da zrobić. A ja uważam, że przynajmniej w sferze symbolicznej możemy coś zdziałać. Mamy XXI wiek, doskonałe narzędzia – Internet, dzięki któremu możemy się między sobą komunikować czy publikować wiele rzeczy, w tym książki, czasopisma czy muzykę. Dużo zależy od tego czy się wierzy we własne możliwości, bo one w dzisiejszych czasach są duże.

Często ludzie, zwłaszcza napływowi czy turyści, mylą Warmię z Mazurami, a przecież te regiony miały zupełnie inną historię, język i kulturę.

W ostatnich latach widzę, że poprawia się ten stan wiedzy. Dzisiaj jakby zapytać olsztynianina, gdzie leży Olsztyn, odpowiedziałby, że na Warmii. Niektórzy nawet by się obrazili za stwierdzenie, że Olsztyn jest na Mazurach. Ubolewam trochę, że w szkole tak mało się o tym mówi. Zdarzają się sytuacje, że ludzie, często nauczyciele, mylą mowę warmińską z mazurską. Bywało tak, że ktoś mi podsyłał tekst warmiński sądząc, że jest on napisany po mazursku i pytał czy można tego nauczyć dzieci z okazji szkolnej uroczystości. 

Jaki jest odbiór społeczny Pana działań?

Różny. Wiele osób podchodzi do tego z zaciekawieniem. Słyszę wiele pozytywnych słów. Chociażby w przypadku „Cechu” nie mieliśmy pieniędzy na wydanie gazety, dlatego zrobiliśmy zbiórkę. Znalazły się osoby, które dobrowolnie nam przesyłały nawet po kilkaset zł. Zdarzały się też przypadki ludzi, którym się to nie podoba. Jedna osoba z Niemiec powiedziała, że chcę polonizować Mazurów. Z kolei Polak zarzucił mi, że próbuję Mazurów odrywać od Polaków. Ale to są naprawdę marginalne przypadki – ludzi, którzy traktują to zero-jedynkowo, nierozumiejących mazurskiej specyfiki, tożsamości mieszanej niemiecko-mazursko-polskiej.

Cezary Kapłon

Zdjęcia (1)

Podpięte galerie zdjęć:

Podziel się:

Oceń:

Komentarze (1)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu www.zycieolsztyna.eu z siedzibą w Olsztynie jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.
Rafal_88
Rafal_88 19.02.2020, 08:37
A na jakiej podstawie ten pan stwierdził, że jest taka liczba ludzi posługujących się językiem mazurskim? Prowadził jakieś badania w tym zakresie. Duża liczba osób posługujących się tym językiem mieszka obecnie m.in. w Niemczech i na pewno nie jest to liczba 150.

Pozostałe