Jak Pawełek historię Olsztyna poznaje #12

  • 02.06.2019, 12:17 (aktualizacja 02.06.2019, 12:25)
  • Tekst pochodzi z archiwum „Nowego Życia Olsztyna”
Jak Pawełek historię Olsztyna poznaje #12
Ostatnio miałem więcej czasu i skorzystałem z zaproszenia pana Jacka na kawę. Tak to się nazywało, ale po prostu poszliśmy na piwo do jedynej z najstarszych w Olsztynie piwiarni czyli do „Beczki”. Oczywiście z ciekawości zapytałem dlaczego wybrał ten lokal. – Wiesz Pawełku, gdy jeszcze nie było Ciebie na świecie, często zaglądałem tu z kumplami na piwko w kufelku.

Właściciel zagospodarował piwnicę. Sam zrobił meble, stoły, szynkwas. Serwował tylko piwko, frytki, paluszki no i oczywiście, co było najważniejsze, prawdziwy klimat. Piło się tu alkohol, ale nigdy nie dochodziło do burd. Każdy kto przychodził, wychodził z założenia, że piwo pite w z umiarem, nawet w największych ilościach, nie szkodzi. I tak było! – zarechotał rubasznie, pociągnął haust złocistego napoju i zaczął swoja opowieść.
Oczywiście sprowokowałem go, zadając złośliwe pytanie. Przecież jest zootechnikiem z wykształcenia, dziennikarzem z zawodu, to skąd u niego taka znajomość Olsztyna? – Oj! Pawełku, Pawełku! – zaczął jak zwykle. – Młody jesteś, lubię Cię dlatego, że jesteś tak samo dociekliwy jak ja. Widzę w Tobie siebie za młodu. Byłem naprawdę młody i w Olsztynie zaglądałem praktycznie do każdego miejsca. Czytałem mnóstwo opracowań. Zbierałem historyczne ciekawostki przydatne do dziennikarskiej pracy. Piłem piwko w kioskach w kształcie beczek, stojących na chodnikach na przykład przy moście św. Jana. Już dawno go nie ma. Zaglądałem do olsztyńskich sławnych szemranych barów: „Pod Koniem”, „Trupka”, „Zatorze”, czy „Zgoda”. Nie raz siedziałem w „Trampie”, czy „Tenisówku”. Co się tam robiło? Ano popijało i gadało! To były kopalnie tajemnic Olsztyna, o których nie wiedział żaden historyk. Często w tych miejscach spotykałem prawdziwych autochtonów, dawnych mieszkańców Olsztyna i okolic. Opowiadali różne historyjki. Na przykład jeden opowiadał, że jako przymusowy żołnierz Wermachtu należał do obsady bunkra niedaleko Olsztyna. Obsługiwał karabiny maszynowe. Gdy rozpoczął się rosyjski atak, to strzelał. Rosyjscy żołnierze szli, on strzelał. Padali, aż ciała zasłoniły strzelnicę. Sołdaty weszły do środka od tyłu bastionu. Miejscowy uratował się, bo schował się pod martwymi ciałami kolegów. Gdy Rosjanie poszli dalej, uciekł do domu.
Rozmawialiśmy długo. Korzystając z okazji, podsunąłem Jackowi zdjęcie – starą przedwojenną pocztówkę, oczywiście ze zbiorów dziadka. Byłem ciekawy co o niej powie. – Oj Pawełku! Wykorzystujesz moje słabe strony. To są wiadukty kolejowe nad Łyną, widoczne z mostu drogowego od strony dawnej niemieckiej jednostki wojskowej. Wybudowano je kiedy powstawała linia kolejowa z Torunia do Królewca. Pierwszy, ten od strony północnej, powstał 1872 roku, drugi 1893 roku. Wiadukty zostały wykonane z czerwonej i żółtej cegły oraz kamieni. Posiadają unikatowy system odprowadzania wody. Niestety w ostatnich latach nie działa sprawnie i mosty z roku na rok coraz bardziej niszczeją. Może dlatego, że są zabytkiem trudno je konserwować. Można przypuszczać, że odpowiedzialni za nie wolą, aby się zawaliły. W końcu w ich miejsce można postawić żelbetowe, dużo tańsze w utrzymaniu (te rozważania oparte są na plotkach). Wiadukty są piękne. Nie zniszczyła ich żadna wojna. Gdy przyjechałem do Olsztyna, to między mostem drogowym a wiaduktami, patrząc na zdjęcie po lewej stronie, była hodowla nutrii, które do woli baraszkowały w czystej Łynie. Potem niestety ta piękna rzeka zamieniła się w ściek i farma została zamknięta.
Podczas moich spotkań z autochtonami przy piwku dowiedziałem się, że jeden z nich w styczniu 1945 roku stał na posterunku na moście. Przysięgał, że widział z tyłu jednostki wojskowej nad Łyną konnicę generała Oślikowskiego, podążającą na dworzec kolejowy (został zdobyty bez jednego wystrzału). Jego wzięto do niewoli. Był tak zmarznięty, że nie mógł nacisnąć spustu w karabinie. Żołnierze prowadzili go na dworzec zachodni, a on znając teren, skoczył w krzaki, stoczył się z nasypu i uciekł. Czy to prawda trudno powiedzieć – Jacek zamówił nam kolejne piwa i zaczął opowiadać o obecnym Jakubowie, które za jego czasów nazywało się po prostu WDK. Ale o tym opowiem podczas naszego kolejnego spotkania 
Mosty kolejowe pojawiły się w krajobrazie Olsztyna w drugiej połowie XIX wieku. Pierwszy powstał w latach 1871-1872, w związku z szeroko zakrojonym projektem budowy sieci linii kolejowych w Prusach Wschodnich. Dzięki budowie mostów utworzono pierwsze w Olsztynie połączenie kolejowe, prowadzące do Czerwonki i Ostródy. W 1893 roku zbudowano drugi, bliźniaczy wiadukt. Wiadukty mają wysokość ok. 20 metrów, licząc od poziomu rzeki Łyny. Podczas jazdy pociągiem z wiaduktów widać przepiękną panoramę miasta.
Wiadukty są chyba najbardziej charakterystycznym symbolem Olsztyna. Za takie symbole można uznać także wiele innych budowli. Jednak prawie każde miasto ma stary ratusz. Zamków z czerwonej cegły również w Polsce nie brakuje. Gotyckie kościoły można spotkać równie często. A takich zbudowanych z cegły starych wiaduktów, do tego jak na razie w pełni funkcjonalnych i nadal użytkowanych – ze świecą szukać.

 

Do naszych czytelników mam prośbę. Jeżeli Państwo macie w domu stare pocztówki lub fotografie Olsztyna, przyślijcie je do nas na Facebook`u lub na adres [email protected]. Jacek Panas na pewno będzie znał ciekawe historie o tych miejscach.

Tekst pochodzi z archiwum „Nowego Życia Olsztyna”
Podziel się:
Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu www.zycieolsztyna.eu z siedzibą w Olsztynie jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.

Pozostałe