Przejechałem 3780 km w 60 godzin

  • 29.06.2019, 00:08 (aktualizacja 29.06.2019, 00:16)
  • Cezary Kapłon
Przejechałem 3780 km w 60 godzin
Marek Bladowski jest dr. nauk medycznych. Ukończył stomatologię. Jak sam przyznaje, ma kilka pasji (w tym pracę), ale postanowiłem porozmawiać z nim o dwóch z nich: podróżach i motocyklach. Uwielbia zwiedzać świat – odwiedził kraje na wszystkich kontynentach, poza Antarktydą. Z kolei jazda na motocyklu jest dla niego rodzajem terapii. Chętnie łączy jedno z drugim.

Ma pan kilka pasji. Która była tą pierwszą?
Na motocyklu jeżdżę od dziecka. Po raz pierwszy ojciec posadził mnie na DKW, gdy miałem cztery lata. Później jeździłem na motorowerze i skuterze Lambretta. Prawo jazdy mam od 1971 roku, czyli trochę już lat minęło. Oczywiście miałem różne motocykle. Systematycznie jeżdżę od połowy lat 2000, bo wcześniej mieszkałem w różnych krajach i nie zawsze miałem możliwość podróżowania motocyklem.

A co z podróżami?
Dzieciństwo i młodość spędziłem jeszcze w czasach socjalizmu, gdzie nie można było tak łatwo wyjeżdżać i rozwijać swoich zainteresowań podróżniczych, chociaż ja zawsze chciałem być w trasie, od najmłodszych lat. Tą pasję rozwinęła we mnie babcia, która bardzo dużo jeździła po świecie, jeszcze przed wojną. W 1939 roku była zesłana w głąb Związku Radzieckiego, a później szła z Armią Andersa przez Azję, Bliski Wschód i Afrykę. Właśnie ona w latach 50. i 60. wychowywała mnie i mojego brata, ponieważ rodzice byli zajęci pracą, przez cały czas będąc na dorobku. Ona nam pokazywała kraje w atlasie. Najpierw podróżowałem palcem po mapie (śmiech), a później, będąc już na studiach w czasach gierkowskich, intensywnie jeździłem po świecie, emigrowałem, nie było mnie w Polsce prawie 15 lat. Mieszkałem i pracowałem w kilku krajach i przy okazji łączyłem to ze zwiedzaniem. Chcąc naprawdę poznać kraj, trzeba w nim przez jakiś czas mieszkać.

Czy pamięta pan swoje pierwsze podróże motocyklem?
Po raz pierwszy na dalszy dystans wybrałem się motorowerem marki Komar. Miałem wtedy 14 lat. Pojechałem do ciotki – z Białegostoku do Lublina. Była to pierwsza poważna podróż. Na dobre moje przejażdżki motocyklem rozpoczęły się po studiach, gdy już mieszkałem w Australii. Wtedy pobiłem taki mały rekord. Jechałem praktycznie non stop z Perth w Australii Zachodniej do Adelaide w Australii Południowej – to jest 2700 km. Tylko tankowanie i chwilowe postoje, ale byłem wtedy o wiele młodszy.

A jeżeli chodzi o inne długie trasy?
Z kolegą lekarzem psychiatrą przejechaliśmy w Europie praktycznie non-stop w ciągu 60 godzin odcinek z Olsztyna do Gibraltaru. To jest 3780 km. Jechaliśmy cały czas autostradami na pełnej szybkości, jedynie z kilkugodzinną przerwą we Francji. Następnie z Malagi popłynęliśmy do Maroka. Tam spotkaliśmy się ze znajomymi i przejechaliśmy trasę dookoła Maroka. W Afryce jeździłem na Route 62 (RPA) z Kapsztadu przez Port Elizabeth do Durbanu, to jest jakieś 1500 km. Robiliśmy także częste wypady w samej Europie, np. pojechaliśmy na herbatę do Edirne (Turcja) i z powrotem. 

A jak to łączy pan z pracą zawodową?
Staram się łączyć wyjazdy służbowe z turystyką. Z kolegą jeździmy na kongresy dentystyczne kilka razy w roku. Przy okazji odwiedzamy inne państwa. W tym roku byliśmy zawodowo w Dubaju, Singapurze i Japonii. Z Dubaju pojechaliśmy na jeden dzień do Omanu na obiad i z powrotem. A z Singapuru udaliśmy się do Brunei – to jest taki niewielki sułtanat wbity między dwie prowincje Malezji na wyspie Borneo. A w międzyczasie odwiedziliśmy Kambodżę.

Skąd pan bierze na to czas?
Jak już pracuję, to pracuję, a jak wyjeżdżam, to wyjeżdżam. Jazda motocyklem jest dla mnie rodzajem terapii. Po prostu odpoczywam, relaksuję się. Jak teraz jest lato, to wstaję o 4, jeżdżę dwie godziny, pracuję ok. 10 godzin, a później jedziemy z kolegą na kolację, np. do Gdańska czy Pasłęka. Na szczęście w maju i czerwcu dni są długie. Nie lubię jeździć w nocy. 

Ma pan dużą wiedzę na temat krajów, które odwiedza.
Może nie wszystkich, ale większą bądź mniejszą mam, bo to jest w sferze moich zainteresowań. Wszystko to, co jest w przewodnikach, staramy się traktować jako obowiązkowe do zobaczenia, np. Tadż Mahal w Indiach. Ale całe życie kraju toczy się poza przewodnikami turystycznymi. Znam takich podróżników, którzy w ogóle nie korzystają z przewodników – nie jeżdżą do tych opisanych atrakcji.

Utrzymuje pan kontakty z ludźmi poznanymi poza Polską?
Utrzymuję z tymi, których poznałem w pracy za granicą lub podczas podróży. Jestem aktywny na wielu forach podróżniczych i motocyklowych. Każdy tam opowiada o swoich doświadczeniach i z tego też czerpię wiedzę. Teraz koledzy są w Rumunii na Trasie Transfogarskiej, gdzie o dziwo w czerwcu są jeszcze zaspy śnieżne. Jest też ostrzeżenie, że do lipca trasa będzie zamknięta. W Polsce nikt oficjalnie tego nie podał do wiadomości. Ludzie jadą i okazuje się, że nie mogą wjechać na najciekawszą drogę w Karpatach.

A może pan opowiedzieć ciekawą historię z podróży?
Wracamy z Madagaskaru do Paryża największym pasażerskim samolotem świata A380. Jesteśmy po ok. 11 godzinach lotu. Pilot podchodzi do lądowania na lotnisku de Gaulle’a, widzę już środek pasa, a ta maszyna jeszcze nie jest posadzona. Nie wyhamował, dlatego ponownie ją poderwał i zatoczyliśmy koło aż do okolic Lyonu. Znowu podchodzi do lądowania. Widzę, że i tym razem się nie uda i znowu ją podrywa. Tym razem jesteśmy w powietrzu 2,5 godziny, bo musieli, jak sądzę, uzyskać korytarz lotniczy. Dopiero za trzecim razem wylądowaliśmy. Ciekawe było zachowanie załogi. Nikt się nie odezwał. Była cisza. Zawsze patrzę na zachowanie stewardess. Siedziały blade zapięte pasami. Nawet nikt nas nie przeprosił. Nic. Cisza.
Inna historia. Byłem na lotnisku O’Hare w Chicago. Poleciałem tam z córką w 2009 roku, aby przejechać słynną Route 66. Na lotnisku spotkałem Polkę, starszą kobietę po 70., która przyleciała na bierzmowanie wnuczki. Oficer emigracyjny nie chciał jej wpuścić, bo chociaż miała wizę, ale będąc w Stanach 17 lat wcześniej została miesiąc dłużej niż wynosi termin wizy. Nie mówiła po angielsku. Podjąłem się tłumaczenia i mówię funkcjonariuszom, że to starsza kobieta, która nie zagraża bezpieczeństwu kraju. Prosiłem, błagałem, mówiłem, że to dla nas bardzo ważne święto kościelne. Ale nie było z nimi rozmowy. Nie wpuścili jej.

Co wyjazd to jakaś przygoda.
W Hong Kongu kolega zapomniał z taksówki wziąć plecak, gdzie miał wszystko: dokumenty, pieniądze i laptopa. W hotelu zostawiłem telefon do siebie, na wypadek gdyby ktoś się zgłosił i poszliśmy na policję. Okazało się, że do taksówki wsiadła chińska lekarka, która zorientowała się, że w samochodzie jest czyjś plecak. Zajechali do hotelu. Stamtąd zadzwoniła recepcjonistka, i tak to dowiedziałem się, że taksówkarz na mnie poczeka. Podziękowaliśmy i zapłaciliśmy mu. Za to np. w Turcji 40 lat temu ukradli mi wszystkie pieniądze, które miałem na wyjazd. I tak skończył się mój wyjazd, musiałem wracać do domu autostopem.

 

Cezary Kapłon
Podziel się:
Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu www.zycieolsztyna.eu z siedzibą w Olsztynie jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.

Pozostałe