Kocham muzykę latynoską i jazzową

  • 19.04.2019, 08:44
  • Andrzej Zb. Brzozowski
Kocham muzykę latynoską i jazzową fot. Arkadiusz Stań
Jarosław Śpiewankiewicz – muzyk, gitarzysta, kompozytor, aranżer. Jak większość młodych muzyków zaczynał od rock&rolla. Potem (z sukcesami) próbował swych sił w kabarecie. Po zmianie ustroju doszedł do wniosku, że wszystko, co śmieszne, już się skończyło i zajął się profesjonalnie grą na gitarze. Swoją wiedzę i umiejętności przekazuje młodym adeptom tej sztuki.

Gitara jest Twoim podstawowym instrumentem, ale nie jest to chyba jedyny instrument, na którym potrafisz zagrać?

Potrafię zagrać na innych, ale dobrze i pewnie czuję się tylko na gitarze. Jak trzeba, to zagram na fortepianie (bez przyjemności) i wszystkich instrumentach strunowych szarpanych. Od kilku lat jestem nawet „miszczem” ukulele. Gitara była moim marzeniem od dziecka. Pierwszą zrobiłem sam, ze sklejki. Po założeniu… szpagatu zamiast strun, okazało się, że nie bardzo umiem na tym grać, a i sama „gitara” nie nadawała się do grania. To było duże zaskoczenie dla małego chłopca. Instrumenty były wtedy drogie i trudno dostępne. Taką prawdziwą gitarę kupił mi ojciec, tak trochę na odczepne, bo wcześniej kupił mi akordeon. Kiedy jednak pociąłem miech nożyczkami, uznał, że gitara będzie trwalsza. Słynna marka „Defil”, na której niestety, też się nie dało grać, ale tata twierdził, że „ma świetnie położony lakier”.

Podobno w jakiś specjalny sposób dbasz o paznokcie prawej ręki?

Mam zaprzyjaźnioną panią Dorotę, która co trzy tygodnie robi mi żelowe mocno utwardzane paznokcie. To nie jest mój patent. Hiszpanie od dawna robią takie rzeczy. U mnie był to przypadek. Po prostu kiedyś złamał mi się paznokieć i to w najważniejszym palcu. Nie bardzo wiedziałem, co mam zrobić. Żona wysłała mnie do pani Doroty, u której robi sobie paznokcie. Ona uratowała mi ten palec i mogłem zagrać koncert. Stwierdziłem, że mam takie fantastyczne brzmienie przez ten „nowy" palec, że zrobię sobie cztery, czyli wszystkie, których potrzebuję w prawej ręce. Hybrydy się nie sprawdziły, utwardzone żele są najlepsze. Bardzo trudno jest, przy takich uderzeniach, zachować naturalną płytkę paznokciową. 

Zaczynałeś od kabaretu i to od razu z sukcesami, ale później Twoje zainteresowania muzyczne poszły w zupełnie inna stroną.

Zaczynałem od muzyki rockowej w klubie osiedlowym „Hutnik” w Częstochowie. Obok w klubie 
„Kolejarz” ćwiczył mój kolega Janusz Yanina Iwański, był od nas starszy i mocno nas inspirował. Tam spełniałem się jako początkujący rockman. Potem mi odbiło i zrobiłem się bardzo „śmieszny” (śmiech). Przynajmniej w moim mniemaniu. Poszedłem w kabaret. Wtedy w Częstochowie było prawdziwe zagłębie kabaretowe, działał m.in. kabaret „Żegnajcie chłopcy”. Jeździliśmy z występami po klubach studenckich. Kiedy zmienił się ustrój, z premedytacją zakończyłem kabaretową działalność. Uznałem, że już nie ma się z czego śmiać. 

Grasz w różnych stylach rozmaite gatunki muzyczne, które z nich są Ci najbliższe?

Kocham muzykę latynoską. Każdą latynoską. Jest w niej tak bogata harmonia, piękne i niebanalne linie melodyczne, które sprawiają mi największą przyjemność podczas słuchania i grania tej muzyki. Mam stamtąd wiele inspiracji. Od paru lat doszła do tego muzyka jazzowa. 

Do tej pory Szkoła Orląt kojarzyła się większości z Lotniczą Akademią Wojskową w Dęblinie, od kiedy Orły Śpiewankiewicza szkolą się w Olsztynie?

Projekt Orły Śpiewankiewicza pojawił się zupełnie przypadkowo. Już wcześniej, przez 28 lat, prowadziłem zajęcia muzyczne z młodzieżą w różnych domach kultury i szkołach muzycznych. 
Kiedy zachorowałem na białaczkę, stwierdziłem, że mam ostatnią chwilę, ostatni dzwonek, żeby zostawić coś po sobie i przekazać dalej. Wcześniej nie przywiązywałem do tego specjalnej wagi. Zacząłem bardzo intensywnie pracować z wybranymi przez siebie młodymi ludźmi. Zaczynałem ich edukację praktycznie od zera, od słów: to jest gitara. Udało mi się wychować fantastycznych muzyków. Podsumowaniem tej całej pracy było wydanie płyty.

Ile Orłów wyfrunęło spod Twoich artystycznych skrzydeł?

To jest bardzo dziwny projekt. Bo to nie jest żadna szkoła, żaden zespół. Oni wszyscy pracowali ze mną indywidualnie, ale kiedy powstał pomysł płyty, musieli pracować wspólnie. W pewnym momencie postanowiłem zaprosić jeszcze gości do tego projektu. Udało mi się namówić wspaniałych muzyków: Zbyszka Siwka, Andrzeja Bukowskiego, Ewę Alchimowicz-Wójcik, Adasia Starowicza, Czarka Makiewicza i moją żonę Mariolę. Okazało się, że powstał znakomity materiał, który postanowiłem wydać osobiście. Płyta nie jest do sprzedaży, tylko do rozdawania. Zagrało na niej sześcioro moich uczniów. 

Czy każdy może zostać takim Orłem?

Nie każdy może zostać i nie każdy powinien, bo to nie jest typowa szkoła. Ze względu na chorobę
(niestety nieuleczalną) myślałem, że podsumuję i zamknę tym projektem pewien okres mojego życia. Wg statystyk miałem niewiele czasu, dlatego bardzo się spieszyłem. Uczniowie rozjechali się po Polsce, studiują… ale wszyscy nadal grają i to w niezłych zespołach. Mam jeszcze kilka osób, z którymi pracuję, ale już bez takiego napięcia, że muszę. Kolejnych płyt niestety już nie będzie. To są ogromne koszty, a ja już nie mam co sprzedać (śmiech).

Granie jazzu jest uważane za wyższy etap muzycznego wtajemniczenia, kiedy dojrzałeś do grania właśnie takiej muzyki?

Dojrzewałem do tego całe życie. Wcześniej nie miałem okazji, ani świadomości muzycznej do grania takiej muzyki. Od wielu lat przyjaźnię się ze Zbyszkiem Siwkiem. Zawsze mówiliśmy, że nie powinniśmy ze sobą pracować. Obaj chcemy dominować. Po latach przyjaźni okazało się, że nie tylko lubimy ze sobą przebywać, to jeszcze uwielbiamy ze sobą grać. Zbyszek ma ogromne doświadczenie, jeśli chodzi o muzykę jazzową, bo takie rzeczy grał ze swoim zespołem „Zbigi Band”. Bardzo wielu rzeczy nauczyłem się od niego. To bardzo sprawny muzyk. Jazz, to nie tylko technika, to przede wszystkim wrażliwość. Cały czas się uczę.

Wydaje mi się, że oprócz gitary, masz co najmniej jeszcze jedną pasję… jazdę na rowerze?

Mam, ale chyba tylko dlatego, że mi nie wolno. Mam zakaz wszelkich wysiłków. Pomimo tego jeżdżę bardzo intensywnie (tysiące kilometrów rocznie). Przez ten rower jestem już w kilku miejscach połamany, m.in. kości prawego przedramienia. Złożyli mi to na blachy i śruby, założyli druty stabilizujące i w trakcie leczenia... grałem koncerty ze Zbyszkiem. Po jednym z koncertów podeszła do mnie pewna pani i powiedziała, że pierwszy raz w życiu widziała, żeby muzyk tak się wzruszył, bo zobaczyła łzy w moich oczach. A ja po prostu płakałem z bólu.

 

Andrzej Zb. Brzozowski
Podziel się:
Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu www.zycieolsztyna.eu z siedzibą w Olsztynie jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.

Pozostałe