Przekaz jest dla mnie najważniejszy

  • 16.07.2019, 08:45
  • Andrzej Zb. Brzozowski
Przekaz jest dla mnie najważniejszy Foto: Ania Urbanik
Wojtek Gęsicki – bard, kompozytor, autor tekstów, konferansjer, wykonawca. Przedstawiciel nurtu piosenki literackiej, nie stroniący także od satyry i kabaretu. Laureat m.in. głównych nagród na Ogólnopolskim Przeglądzie Piosenki Autorskiej OPPA w Warszawie oraz Spotkaniach Zamkowych „Śpiewajmy Poezję” w Olsztynie. Od 1991 roku członek Związku Polskich Autorów i Kompozytorów ZAKR.


Bliżej Ci do liryki, satyry, czy też skupiasz się raczej na przekazie i nie szufladkujesz swojej twórczości?

Zdecydowanie bliżej mi do liryki. Jestem liryczny na wskroś. Zaczynałem swoje pisanie – tak jak pewnie wszyscy, którzy zaczynali – od wierszyków i piosenek o miłości. To się pozornie wydaje najprostsze. Ale miałem też zapędy kabaretowe. W tej chwili to moje wątpliwe dość poczucie humoru służy mi do przemycania piosenek tych bardziej na serio. Nie chce na koncertach nikogo szprycować śmiertelną dawką liryki. Koncert ma być jak życie: składać się z humoru i refleksji. Gdy się pobawimy i poopowiadamy sobie o łatwych i przyjemnych rzeczach, wtedy łatwiej skupić się na czymś poważniejszym. A przekaz jest dla mnie najważniejszy. I prawda.

 

Spotkanie z Gęsickim, to spotkanie z poetą czy satyrykiem?

Ja chyba nie powiedziałbym o sobie „poeta”. Czuję się raczej „tekściarzem”. Pewnie duszę mam poetycką i dlatego wychodzą mi takie różne dziwne przemyślenia, ale Bozia dała mi za mało talentu, żeby zaraz poetyzować. Potekściarzyć – to i owszem. A tego talentu satyrycznego w ogóle już poskąpiła, dlatego korzystam z tekstów Jana Kazimierza Siwka czy Jacka Goryńskiego. A wracając do pytania, po tych wszystkich moich wyjaśnieniach i wątpliwościach – to w zasadzie wniosek nasuwa się sam, że chyba jest to tylko spotkanie z Gęsickim.

 

Czym dla Ciebie jest poezja?

To jest zioło. Ona mnie wyprowadza z różnych stanów, w których mi nie jest wygodnie. Jest piękne w niej to, że gdy się sięga po jakiś wiersz czy piosenkę, to w zależności od pory dnia, roku, nastroju, możemy znaleźć coś nowego. To co się w poezji mieni tęczą między słowami, jest w niej właśnie takie fascynujące. I nie daj Boże traktować poezję tak, jak to kiedyś próbowano nas uczyć: co autor miał na myśli? To jedynie tylko autor może wiedzieć, a może i też nie do końca pamięta, czego najlepszym przykładem jest mickiewiczowskie „czterdzieści i cztery”. Więc nie co autor miał na myśli, tylko jakie myśli możemy odnaleźć w sobie... A czasami to aż zniewala ze zdziwienia...

 

Śpiewasz też piosenki innych wykonawców, mało Ci własnych?

Kiedyś byłem bardzo ambitny i śpiewałem tylko swoje. Akurat tak się poukładało, że to, o czym chciałbym opowiedzieć ze sceny, zostało pięknie opisane przez kogoś, a ja piękniej bym tego nie zrobił, wiec skorzystałem. A gdy sięgam po Cohena czy Grechutę… to jest taki trochę powrót sentymentalny do korzeni. Od Grechuty zaczęło się moje słuchanie piosenek, a od Cohena – śpiewanie. Może to jest trochę niebezpieczne i może świadczyć o tym, że zaczynamy mniej marzyć, a bardziej wspominać. Ale może też znaczyć, że wreszcie dorosłem do tych piosenek i chcę je jeszcze raz odkryć w sobie.

 

Jesteś laureatem wielu różnorodnych ogólnopolskich przeglądów piosenki i festiwalu. Jaki miało to wpływ na kształt i wybory Twojej artystycznej drogi?

Od zawsze marzyłem, żeby zostać aktorem. Brałem udziały w konkursach recytatorskich i wygrywałem. To w jakiś sposób potwierdzało mi, że mogę dalej tak marzyć. Później zacząłem śpiewać i wygrywać te festiwaliki śpiewające. One znowu mnie utwierdziły w przekonaniu, że taki zawód estradowca to całkiem ciekawe zajęcie. Do szkoły aktorskiej się nie dostałem, zostałem więc na estradzie. No i co? Zajęcie ciekawe może i jest, ale czy to jest taki zawód prosty, łatwy i przyjemny, to bym nie powiedział. Samo bycie na scenie i spotkanie z widzem – tak, ale to jest tylko widoczny wierzchołek góry lodowej... młody człowiek, który wybiera taki zawód, nie zdaje sobie sprawy, z czym to się je. A ja jeść lubiłem zawsze. Teraz muszę korzystać z wielu diet.

 

Nadal pielęgnujesz w sobie duszę dziecka i namawiasz do tego innych?

Dziecko jest prawdziwe. Ono jeszcze nie jest nasiąknięte brudami tego świata. Dla mnie czasami jest zbyt dużo teatru dookoła. Chcąc nie chcąc każdy z nas chłonie to życie ze wszystkimi zapachami i smakami i pierniczeje, dziwaczeje… Im dłużej będziemy naiwni tak po dziecięcemu, tym dłużej świat chyba będzie spokojniejszy.

 

Czy do odbioru piosenki poetyckiej, literackiej, potrzebna jest specjalna wrażliwość?

Każdy jest wrażliwy. Trzeba tylko dać szansę tej wrażliwości dojść do głosu. I są różne wrażliwości. Tak sobie właśnie teraz myślę. To jest tak, jak z tym powiedzeniem, że jednemu smakuje zupa pomidorowa, a drugiemu ogórkowa i o tym się nie dyskutuje. Każdy ma do tego prawo. I nie można powiedzieć, że słuchacz piosenki poetyckiej jest wrażliwszy od słuchacza disco czy rocka, czy innego gatunku. Ważne tylko, żeby ktoś kto lubi pomidorową, nie wyśmiewał tego, który zajada się ogórkową i nie ograniczał mu dostępu do niej.

 

Wiem, że lubisz występować, co Ci daje kontakt z publicznością. Czy to jest swego rodzaju handel wymienny?

No, zdecydowanie wymienny. Przez większość swojego dorosłego życia zadaję sobie pytanie, po co tu jestem i jaki ma sens to moje bycie. Gdy gram, gdy z koncertu wychodzi zadowolony widz, gdy czasem dostaję maile z podziękowaniem za jakieś trafione słowo, to wtedy wiem, że jestem jednak trochę komuś potrzebny. I jest to swego rodzaju dla mnie jakaś terapia. W życiu jestem ofermą, ale gdy wychodzę na scenę, to jakoś czuję się pewniej. Nie wiem dlaczego akurat sobie wymyśliłem, że mam być potrzebny ze swoimi piosenkami. A nie np. z koszeniem trawy, czy uwielbieniem zmywania. To z próżności, ale i tak dobrze, że nie zechciałem kiedyś marzyć o tym, by zostać politykiem...

 

Mógłbyś przytoczyć jakąś zabawną historyjkę, anegdotę z Twoim udziałem?

Kiedyś grałem u Marka Majewskiego. To było jeszcze w moim 250 kg wcieleniu, więc wyglądałem bardzo potężnie. Koncert się przedłużał, a publiczność prosiła o bis. Powiedziałem żartobliwie, że państwo nie zdążą na ostatni autobus, a ja na pociąg do domu. Marek wtedy odpowiedział: Wojtku, to ja ciebie odwiozę. Na to ja: ale ty masz taki malutki samochodzik. Na to Marek niewiele myśląc: to zabiorę cię na dwa razy.

Za to z mojego chudego wcielenia. Kiedyś pani podeszła do mnie za kulisami w trakcie koncertu, który miałem przyjemność prowadzić. Powiedziała, że bardzo lubi mnie słuchać i że będzie się modliła za moje zdrowie. Schudłem 150 kg. Więc miała prawo się o mnie zatroszczyć. I jakże to miłe...

 

Dziękuję za rozmowę

Andrzej Zb. Brzozowski

 

Andrzej Zb. Brzozowski

Podziel się:

Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu www.zycieolsztyna.eu z siedzibą w Olsztynie jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.

Pozostałe